top of page

Zmarł major Eugeniusz Siemaszko – Żołnierz Wyklęty


Major Eugeniusz Siemaszko zmarł 31 grudnia o godzinie 23. Miał 93 lata, zasłużony dla Ojczyzny Żołnierz Wyklęty. Jeszcze 18 grudnia uczestniczył spotkaniu wigilijnym - harcerskiej „ Gwiazdce dla Bohatera”…



Mjr Eugeniusz Siemaszko pełnił przez trzy kadencje funkcję prezesa Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej Środowiska Wileńsko-Nowogródzkiego w Bydgoszczy.


Eugeniusz Siemaszko urodził się w Wilnie. Podczas II wojny światowej działał w konspiracyjnej organizacji harcerskiej „Szare Szeregi”, a następnie został żołnierzem Armii Krajowej. Brał udział w Powstaniu Wileńskim w 1944 r. Po wojnie należał do młodzieżowej grupy niepodległościowej AK działającej na terenie Bydgoszczy. Był aresztowany w Tczewie i skazany m.in. na karę śmierci, którą na mocy amnestii zamieniono na 15 lat więzienia.


Przeczytajcie mój reportaż o majorze Siemaszko pochodzący ze zbioru reportaży pt. „Kamienny Deszcz”


CZŁOWIEK ZE STYGMATEM ŚMIERCI

Urodził się Eugeniusz Siemaszko w Wilnie. Dwa lata uczęszczał do „ćwiczeniówki" - płatnej, prywatnej szkoły. Gdy zaczęło brakować pieniędzy i najbliższych kolegów - przeniósł się do „dwudziestki czwórki" na ulicy Wileńskiej. Tam wstąpił do harcerstwa. Wybuchła wojna. Razem z kolegami roznosił wezwania do wojska. Do Wilna wkroczyli Rosjanie. Rozbrajali polskie wojsko. Genek po raz pierwszy zobaczył, jak okrutni potrafią być bolszewicy. Tym gorliwiej starał się wykonać pierwsze poważne zadanie organizacyjne, które polegało na odzyskaniu polskiej broni. Korzystał z nieuwagi pilnujących jej Rosjan i swojej młodości, dzięki której nie wzbudzał podejrzeń. Tym spo­sobem duża część broni, ładownic z pasami, magazynków - trafiła najpierw w krzaki, a później do piwnicy Genkowego domu.

Nagonka na inteligencję zmusiła rodzinę Siemaszków do rozłąki. Przy­najmniej ona dawała nadzieję, że jeżeli już dojdzie do aresztowania, to przynajmniej nie wywiozą wszystkich razem. Eugeniusz udał się na wieś, do kuzynostwa. W miejscowej szkole była placówka NKWD. Zakradł się do niej z siostrzeńcami. Chłopcy wynieśli kilka karabinów maszynowych, magazyn­ków, skrzynkę granatów, sporą ilość amunicji. Arsenał przydał się później, gdy kuzyni wstąpili do oddziału „Krysia".

- Ja wróciłem do Wilna - wspomina Eugeniusz Siemaszko. - Gdy two­rzyłem jedenastoosobową grupę „Wolność", nie wiedziałem nic o istnieniu Szarych Szeregów. Zajmowaliśmy się pomocą żonom oficerów, którzy poszli na front. Kilka lat później kuzyn poinformował mnie, że ma kontakty z Szarymi Szeregami. W czterdziestym trzecim zostałem zaprzysiężony, jako ich członek.

Dostał zadanie odnalezienia i uratowania sztandaru związku byłych ochotników Wojska Polskiego, oddziału wileńskiego z lat 1914-1921. Poszu­kiwania prowadziło wiele drużyn, ale sztandar odnalazł Genek. Przypadko­wo. Zainteresowała go kołdra wisząca na strychu jednego z domów. W nią właśnie wszyty był sztandar.

Wstąpił do Wojska Polskiego. Do armii generała Berlinga. Służył krótko. Zdezerterował.

- Nie chciałem mieć nic wspólnego z wojskiem, w którym - jak słyszałem - wyżsi oficerowie związani byli z NKWD.

Po trudnej i wielce ryzykownej przeprawie, znalazł się w Wilnie. Od ojca dowiedział się Genek, że NKWD ma go na oku. Schronił się na wsi. Tam zastał go koniec wojny.

Chodził na tajne komplety. W szkole zgromadził wokół siebie grupę, gotową wraz z nim działać w Polskiej Organizacji Młodzieżowej AK. Rozpo­wszechniali ulotki, prowadzili nasłuchy radiowe. Chcieli utwierdzić wśród Polaków przekonanie, że choć wojna się skończyła, to walka o wolną, nie­zależną i suwerenną Polskę trwa.

Osiedlili się w Bydgoszczy. Genek został przyjęty do czwartej klasy gimnazjum. Trafił na swoich - wilniuków - zaproponował kontynuowanie działalności POM AK. Został dowódcą grupy operacyjnej.

- Jako Wilnianie chcieliśmy, żeby Wilno było nasze - polskie. Tam przecież zostały nasze korzenie. Kolportowaliśmy ulotki, zorganizowaliśmy kilka akcji rozbrojenia NKWD-zistów.

Pierwszego listopada 1946 r. wyjechał z kolegą na „kontakt" z grupą w Gdańsku. Nie dojechał. Do dziś nie wiadomo, czy kontrola w pociągu była przypadkowa, czy ktoś „sypnął". Za Tczewem KBW i milicja zatrzymali najpierw kolegę Siemaszki. Widząc, że wspólnik jest bez szans - rozpoczął strzelaninę. Cudem wyskoczył z pociągu, który zaraz zatrzymano i wszczęto pościg. Powodzenie ucieczki było równe zeru. Mimo to Genek ostrzeliwał się do ostatniego naboju. Tym ostatnim, będąc już okrążony, miał sobie strzelić w usta. Okazał się jednak niewypałem.

Siemaszkę skatowano kolbami karabinów, doprowadzono do aresztu. Przeszedł potworne śledztwo. Rannego i skutego kajdankami, odartego z odzieży - zawieszono na okiennej kracie, polewano lodowatą wodą. Dwa tygodnie znęcano się nad Eugeniuszem. Na próżno. Nie wydał nikogo. Później wzięli sprawę w swoje ręce ubecy.

- Genek, przyznaj się, bo oni cię zabiją! - radził mi przywieziony na konfrontację kolega.

Siemaszko nie musiał się do niczego przyznawać. Oprawcy z UB dyspo­nowali niezbitymi dowodami.

- Chciałem się ujawnić - zeznawał, próbując ratować swoją skórę Sie­maszko. - Ale kolega, który to zrobił, dostał osiem lat. Dlatego odstąpiłem od tego pomysłu.

Z powybijanymi zębami, odbitymi nerkami i złamanymi żebrami znalazł się Eugeniusz Siemaszko w Gdańsku. W jednym z najcięższych więzień, zwanych „sing-sing".

Rozprawa miała być tzw. pokazówką. Ściągnięto młodzież szkolną, rodziców Siemaszki.

- Prowadził ją Rosjanin. W którymś momencie polecił sekretarce: „Zapiszytie. Poglądy u niewo diemokraticzne, w oparciu o amerykańską diemokracju".

- Ja nawet nie wiedziałem, co oznaczała ta „amerykańska demokra­cja''. Walczyłem przecież o wolną Polskę, bez Rosjan, bez komunistycznego uciemiężenia. Chciałem polskiego Wilna.

Zapadł wyrok: kara śmierci. Za przynależność do organizacji, posiadanie broni, dezercję i walkę z władzą ludową. Pokazówka się nie udała. Obecna na rozprawie młodzież była po stronie Siemaszki. Słysząc wyrok zaczęła tupać i gwizdać.

W gdańskim więzieniu, w celi śmierci czekał Siemaszko na egzekucje.

Słyszał, jak codziennie kogoś rozstrzeliwano, jak wyprowadzani na śmierć krzyczeli: „Niech żyje Polska!", błagali o litość, wołali: „Koledzy, pomścijcie!". Nocą klawisze, żeby załamać więźniów psychicznie - otwierali okienko w drzwiach mówiąc: „Tego dzisiaj weźmiemy na rozwałkę".

Siemaszko nie wierzył w ułaskawienie, choć z taką prośbą wystąpił do prezydenta Bieruta jego obrońca. Otrzymał odpowiedź odmowną. Sąd najwyższy wyrok zatwierdził. Śmierć była więcej niż pewna. Na szczęście, wyszła akurat ustawa o amnestii dla więźniów politycznych. Siemaszko nie robił sobie z jej powodu żadnych nadziei. On stawiał przecież czynny opór z bronią, były ofiary śmiertelne... Czekał więc wciąż na egzekucję. W końcu dostał piętnaście lat wiezienia. Część kary odsiedział w Sztumie.

I w KBW byli różni ludzie. Czerwoni i biali. Bywało, że czasami podrzucali nam papierosy, rozmawiali z nami po ludzku. Najbardziej jednak bolało to, że maltretują nas Polacy - przestępcy kryminalni, zmieszani z nami w roli kapusiów.

Kolejne lata spędził Siemaszko w więzieniu we Wronkach, następnie w Strzelcach Opolskich. Wyszedł na wolność w 1956 roku, po odsiedzeniu 10 lat w więzieniach. Codziennie jednak musiał meldować się na posterunku milicji.

Czy dzisiejsza Polska jest już tą, o jaką walczył?

- Raczej nie. Wciąż czekam na prawdziwie wolną i demokratyczną Pol­skę... (1990)

Tekst i zdjęcia: Stanisław Gazda



80 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
bottom of page